Już dalej się nie da!
Wyspani, najedzeni, spakowani, gotowi do ruszenia w drogę. W "nocy" chłodnawo, ale kiedy słońce przedarło się przez chmury,zrobiło się całkiem ciepło. Na tyle ciepło, że chodziłam boso po arktycznej trawie!
Już mieliśmy ruszyć w drogę, kiedy okazało się, że brakuje seniora. Znaleźliśmy go pomagającego damie w tarapatach: samochód zaparkowany obok złapał gumę - flak zupełny. Pomagał wymienić podróżującej samotnie Norweżce zmienić oponę. W podziękowaniu wyczarowała dla niego małą flaszeczkę wódki miętowej (fińskiej)...

Z niewielką obsuwą ruszyliśmy dalej.
Dziś w sumie plan zakłada dotrzeć tak daleko na północ, jak tylko się da. A przy okazji chłonąć widoki.
Niech więc zdjęcia mówią za siebie - zaczęła się Norwegią pełna dramatyzmu, surowego piękna, malowniczych pejzaży. Nie ma lepszego artysty niż matka natura!





Każdy dzisiejszy przystanek przynosił kolejną porcję wrażeń, podziwiania, zachwytu.
Fjordy, połączenie gór i morza. Dzisiaj do tego ponad 20 stopni i przez pierwszą część dnia zazwyczaj błękitne niebo. Nigdy bym nie pomyślała, ze w Arktyce, nawet latem, będę chodziła w krótkim rękawku.
Pierwszy przystanek miał jeden cel: dotknąć śniegu. Przy okazji zobaczyliśmy, jak tutaj przyroda wykorzystuje każdy moment, żeby się rozwijać. Na przestrzeni 50 metrów spotykała się zima (śnieg i lód), wiosna (ledwo wychodzące pąki liści, bazie, rozwijające się paprocie) i lato (kwitnące w pełni kwiaty, dojrzewające jagody). 24 stopnie, Arktyka (cieplej niż dziś w Polsce!!!)


Drugi przystanek, nad fjordem, między górami a morzem. Pora na drugie śniadanie, drugą kawę, krótki spacer nad morze...




Trzeci przystanek, nad kolejnym fjordem, nad samym morzem, z widokiem na całą zatokę. Pora na obiadek...






Jedziemy dalej, trudno oderwać wzrok od tego, co za oknem...







Potem kamping, bo pora była taka, żeby sobie zaklepać miejsce. Kamping jest uroczy, upstrzony małymi typowo norweskimi czerwonymi domkami, w dodatku w recepcji: Polak.

Namiocik stanął szybko, więc mogliśmy jeszcze sprawdzić, jak daleko dojedziemy.
Zajechaliśmy tylko 13 kilometrów. Dalej się na północ juz się nie da! Dojechaliśmy w końcu na Przylądek Północny, 3600 kilometrów od domu.

Tak naprawdę nie jest to najdalej położony na północ kraniec kontynentalnej Europy. Po pierwsze, leży na wyspie, po drugie, tuż obok jest inny Przylądek: Knivskjelodden. Niestety Knivskjelodden nie jest taki spektakularny i nie tak łatwo dostępny jak sąsiedni Nordkapp, wiec to ten drugi, ze swoimi 300-metrowymi klifami został oficjalnym krańcem Europy. No i maszynką do robienia pieniędzy. Na drogach same kampery, auta z przyczepami, na zagranicznych rejestracjach. Autobusy, motocykliści, cykliści, nawet piechurzy. Wszyscy chcą stanąć na końcu Europy.







Na samym przylądku, na końcuszku wyspy Mageroya, stoi globus, symbol Nordkapp'u. Jest też Nordkapphallen, olbrzymi kompleks, częsciowo wykuty w skale, w którym jest kino panoramiczne, jaskinia świateł, kaplica, wystawa o historii odkrywców na Przylądku Północnym, poczta, restauracja, kawiarnia i oczywiście sklep z pamiątkami. I oczywiście wejście do Nordkapphallen jest płatne, i to niemało. Obejrzeliśmy film (nie musimy już sobie wyobrażać jak wygląda tutaj zima), poszliśmy do jaskini świateł, wyjrzeliśmy na taras spoglądając ostatni raz na Morze Barentsa czy tez Ocean Arktyczny...no i jakżeby inaczej, nawiedziliśmy sklep z pamiątkami.



Trzecim charakterystycznym punktem na Nordkapp jest grupa rzeźb nazwana "Dzieci Ziemi", będąca pokojowym projektem z 1988 r.. Wzorem dla stojących płaskorzeźb były prace dzieci z 7 zakątków świata, symbolizujące pokój, przyjaźń, radość.
Na Przylądku jest...pusto, by nie rzec jałowo, jak wskazuje nazwa wyspy (Mageroya to w tłumaczeniu "jałowa wyspa"). Same kamienie, niewielkie krzewinkami, tu i ówdzie kwitnące na różowofioletowe lub biało.


Słońce, odkąd wjechaliśmy na Nordkapp, ukryło się za chmurami, widzieliśmy tylko pojedyncze promienie.



Kiedy juz dotarliśmy na kamping, znowu na moment się pojawiło, złośliwie do nas mrugając.
Nadszedł czas kolacji, miało być malowniczo, z widokiem na jeziorko i góry.

Ale...zaczęło tak mocno wiać, że zdmuchnęło nie tylko masz ogień, ale i całe ciepło. Jedliśmy na szybko, poubierani w kurtki i czapki i trzymając wszystko, co mogło zostać zdmuchnięte: kubki, miski, krzesła...to zdecydowanie nie był dzień na przesiadywanie pod gołym niebem i podziwianiu polarnego dnia nocą.


Na szczęście mogliśmy dopić herbatkę w budynku wspólnym, gdzie jest mała stołówka i kuchnia. Ciepły prysznic i spać. Jutro odwracamy strony, od tej pory już głównie "kieruj się na południe"!
This featured blog entry was written by Kawki4 from the blog Kawki4 i polarny dzień.
Read comments or Subscribe